Polska złota jesień. Zazwyczaj przychodzi na przełomie października i listopada, zazwyczaj. Jesienne wyjazdy są przez nas najbardziej wyczekiwane. Kolory wybarwiających się drzew, opadłe liście, pierwsze przymrozki, ciekawe zjawiska pogodowe - to wszystko sprawia, że bez względu jaka zastanie nas pogoda, wyjazd będzie udany. Wybór destynacji nie był trudny. Góry Bardzkie i Sowie znamy bardzo dobrze, przeważają lasy bukowe i mieszane, więc będzie pięknie.Zaplanowana, 3 dniowa trasa wiodła tym razem z Barda niebieskim szlakiem do Srebrnej Góry. Następnie czerwonym szlakiem, przez Kalenice do schroniska Zygmuntówka, a ostatni etap prowadził przez Wielką Sowę do Rościszowa (Pieszyce) niebieskim i zielonym szlakiem. Był to odwrotny kierunek marszu, niż wybierany przez nas zazwyczaj (żeby się nie znudziło). Dzień wyjazdu: 7 listopada 2015 r. Prognozy pogody były raczej niepewne, zapowiadano przelotny deszcz i spore zachmurzenie na cały weekend.
W sobotę rano dojechaliśmy pociągiem do Barda. Rozejrzeliśmy się chwilę po mieście, ubraliśmy kurtki i pokrowce przeciwdeszczowe na plecaki i w drogę. Kiedy wychodziliśmy z miasta zaczęło kropić, a deszczyk towarzyszył nam przez następne kilka godzin. Na początku trasy miłym zaskoczeniem było oznaczenie nowego punktu widokowego - "Miejsca Hrabiowskiego". Drogę na punkt wskazują dwa drogowskazy, niestety nie ma żadnego dodatkowego oznaczenia piktograficznego. Kręcąc się po lesie, szukając wyrytych w skałach znaków (bez powodzenia) wszedłem w drogę pierwszej na trasie salamandrze. Ruszamy dalej szlakiem niebieskim. Po drodze mijamy panów zwożących koniem drewno - cyk, jest zdjęcie :) Prowadzi nas szeroka leśna droga. Rozmawiamy, ignorując opad wilgoci (deszcz się rozpuścił w powietrzu) dochodzimy do rozdroża. Chwila konsternacji - gdzie jest szlak? Zagapiliśmy się, trzeba zawrócić, 30 min w plecy. Znowu mijamy konia, tym razem odpoczywał. Panowie się uśmiechają, też odpoczywają. Jest szlak, odbija w małą ścieżkę. Zbliża się godzina 12, więc najwyższy czas na przerwę. Mijamy strumień i po 15 min zatrzymujemy się pod świerkami - tu nie pada. Termosik, kanapka, jemy. Jest cisza, słychać tylko sunącą mgłę i ... galop. Sunie na nas stado jeleni! Widocznie nie tylko my upatrzyliśmy sobie "zadaszenie" pod świerkami. W chwili kiedy Kamil drgnął sięgając po aparat stado gładko, bez popłochu zmienia kurs - 90 stopni w prawo [następnym razem będę trzymał w jednej ręce kanapkę, a w drugiej, na wszelki wypadek aparat]. Po kilkunastu minutach drogi dowiadujemy się, co spowodowało zamieszanie w lesie - jest polowanie. Kilka samochodów myśliwych, po chwili spotykamy pierwszego ze strzelców. Sympatyczny pan informuje nas, że raczej nikt nas nie weźmie na muszkę, bo właśnie skończyli i dano już sygnał do zbiórki. I rzeczywiście, po drodze witamy się z grupą wracających myśliwych i naganiaczy. Bez trofeów, jelenie uratowane. Po kilku podejściach z rzędu, dla odmiany schodzimy w końcu na Przełęcz Wilczą. Przy drodze asfaltowej kilka lat temu powstał parking leśny. Już nie pada, a wilgoć została w wyższych partiach lasu. Ostatni na dzisiaj odcinek to przejście ulicą do Żdanowa i następnie przez wąwóz starej kolejki wąskotorowej do Srebrnej Góry. Po drodze płoszymy stadko muflonów, a przed Żdanowem nakrywamy grupę osobników gatunku owczego planującego zagładę ludzkości. Kiedy sielankowe dzwoneczki i pobekiwanie w jednej chwili milknie ustępując miejsca niepokojącej ciszy, a kilkanaście par oczu wpatrzonych jest prosto w ciebie wiesz, że nie powinno cię tu być ...
Jesteśmy w Srebrnej Górze, jest mgła, ściemnia się (ok. godz. 16), nikogo nie widać. To był intensywny dzień. Nocleg zarezerwowaliśmy w Centrum Turystyki Niekonwencjonalnej - sprawdzona miejscówka, ładne pokoje, dobre jedzenie i ciekawi ludzie (zarówno goście jak i obsługa).
Niedziela wita nas pięknym słońcem i silnym wiatrem. Kierujemy się czerwonym szlakiem na Przełęcz Woliborską podziwiając po drodze panoramy okolicznych wiosek. Nie polecamy sąsiedniego szlaku niebieskiego - jest to doga leśna zarośnięta sitowiem i trawą sięgającą do kolan. Nasze nadzieje związane z pięknie wybarwionymi drzewami rozsypały się, dosłownie. Przez suszę drzewa w tym roku zruciły liście o wiele szybciej i poza żółtymi modrzewiami, inne kolory leżały już na ziemi. Słoneczna pogoda zachęcała do spacerów po lesie, więc po drodze spotkaliśmy kilka grupek zmierzających w stronę Srebrnej Góry. Krótki postój na przełęczy i ruszamy dalej czerwonym szlakiem w stronę Kalenicy. Zahaczamy jeszcze na Żmija, skąd rozpościera się piękny widok na Jugów. Następny przystanek Kalenica i obowiązkowo wejście na wierzę widokową. W porównaniu do nowych obiektów tego typu, jest to konstrukcja raczej licha, co było czuć przy mocnym wietrze. Kierując się dalej do Zygmuntówki odbiliśmy z głównego szlaku na Rymarza. Na Przełęczy Jugowskiej tłok, jak zawsze. Samochody, rowery, ogniska i z trzy tuziny ludzi. Przy drodze trwa budowa nowego obiektu turystycznego, sprawdzimy go w przyszłym roku - wygląda zachęcająco.
W Zygmuntówce nocujemy pierwszy raz. Wcześniej zaglądaliśmy tylko po pieczątki. Niestety, pokój okazał się bardzo słaby - łóżko, krzesło i umywalka na powierzchni 2x2 m. No i cena, która wynosiła tyle, co ładny pokój w CTN. Nie jest dobrze. Dobre słowo można natomiast powiedzieć o jedzeniu - smaczna kuchnia domowa.
W Zygmuntówce nocujemy pierwszy raz. Wcześniej zaglądaliśmy tylko po pieczątki. Niestety, pokój okazał się bardzo słaby - łóżko, krzesło i umywalka na powierzchni 2x2 m. No i cena, która wynosiła tyle, co ładny pokój w CTN. Nie jest dobrze. Dobre słowo można natomiast powiedzieć o jedzeniu - smaczna kuchnia domowa.
Poniedziałek. Prognozy przewidywały deszcz od godz. 10, więc postaraliśmy się wyjść jak najwcześniej - start o 7.30. Pogoda rzeczywiście nie rozpieszczała, silny wiatr i chmury wciskające się między drzewa. Niestety już na Kozim Siodle zaczyna padać. Nie spodziewamy się dzisiaj spotkać nikogo na szlaku. Na Wielkiej Sowie jesteśmy ok godz. 9. - pusto, wieża zamknięta, widoczność sięga 70-100 m. Lubimy takie klimaty. Przed nami zejście niebieskim i zielonym szlakiem - pierwszy raz tą trasą. Wąska ścieżka wiedzie przez świerkowy młodnik po śliskich korzeniach. Przedzieramy się między gałęziami, Kamil leży [tylko straciłem równowagę, bez przesady :) ]. Zeszliśmy poniżej chmur na szeroką drogę i kurtki nie były już potrzebne. Jak się okazało po 10 min zakładaliśmy je z powrotem, a po kolejnych 5 przyszła większa pompa. Przy Starej Jodle pracownicy leśni, nieprzerywający pracy mimo deszczu, popatrzyli na nas z litością. Stąd już tylko 30 min do Rościszowa. Kiedy doszliśmy do pierwszych zabudowań przestało padać, a zza chmur wyszło słońce. Na przystanku autobusowym jesteśmy o godz. 10:30. Na autobus czekamy 30 min., wysiadamy na dworcu PKS w (słonecznym) Dzierżoniowie i stąd pks'em do Wrocławia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz