Nasze spojrzenie na świat.

Nasze spojrzenie na świat. Blog o tym co nas porusza, o naszych doświadczeniach i towarzyszących im smakach.
A Ciebie co kręci?

czwartek, 7 marca 2019

Korsyka GR20 część południowa (GR20 sud) - tarsa

Przejście chociaż części GR20 chodziło po naszych głowach już od kilku lat. W końcu podjęliśmy decyzję, o wyjeździe na trzecią z kolei wyspę pod rząd (po Islandii i Majorce), z nadzieją że będzie to najbardziej spektakularny trekking w tej części świata.
W tym poście przedstawię krótko kolejne etapy i postaram się opisać przebieg trasy i nasze spostrzeżenia.

Zarys całej podróży: Korsyka GR20 SUD - wprowadzenie
Podsumowanie i porady praktyczne: Korsyka GR20 - podsumowanie

Jednym z pierwszych rzeczy które trzeba określić to kierunek w którym będziemy się poruszać - północ-południe czy południe-północ. My wybraliśmy północ-południe, ze względu na łatwy dojazd z Bastii do Vizzavony - dojechaliśmy pociągiem (jeździe kilka razy dziennie). Sama trasa przejazdu jest bardzo widowiskowa i stanowi kolejnym argumentem na korzyść tego rozwiązania. 

Dzień 1. - Vizzavona - E'Capannelle
Pole Namiotowe w Vizzavonie jest dobrze wyposażone. Jest sklepik, dobry sanitariat (ciepła woda) i równy teren pod namiot. W sklepiku na polu można kupić gaz (wkręcany typ Primus i wbijany typ Campingaz), piwo, wino, szynki, sery i wszystko czego można zapragnąć po ciężkiej trasie. 
UWAGA! W stresie, że zostaniemy bez gazu (nie udało się go kupić w Bastii i w Nicei) kupiłem pochopnie gaz w małym, czerwonym sklepie przy stacji kolejowej - był o połowę droższy! 
Przewodnik, który mieliśmy ze sobą, mówił że pierwszy dzień nie jest wymagający, więc rano nie śpieszyliśmy się. Gdy wstaliśmy chwilę po 7 okazało się, że połowy współtowarzyszy na polu już nie ma, a druga połowa prawdopodobnie wyjdzie w przeciągu 30 min. Od razu było widać, że dopiero zaczynamy.

Trasa pierwszego dnia jest łatwa. Na początku wiedzie przez sosnowy, a wyżej przez bukowy las. Drzewa porośnięte są plechowatymi i nitkowatymi porostami. Ścieżka powoli wspina się zakosami do góry. Gdy wyjdziemy powyżej linii drzew zobaczymy panoramę odcinka północnego - robi wrażenie. W tym miejscu znajduje się źródło z wodą. Po wejściu na przełęcz Bocca Palmente delikatnie schodzimy przez pasterskie szałasy na długi i prosty odcinek przez las. Wrażenie robią wielkie sosny i jodły. Po drodze mijamy jeszcze zabudowania pasterskie i 2-3 strumienie. Trasa kończy się podejściem do drogi asfaltowej, z której widać już nasz cel. W tym miejscu złapał nas pierwszy deszcz, trwał krótko ale był dość intensywny.


W rezultacie, gdy doszliśmy na pole namiotowe musieliśmy rozbić się w błocie. Schronisku posiada sklepik, a dobrze wyposażone łazienki (z ciepła wodą) znajdują się w budynku. Samo pole namiotowe nie robi szczególnego wrażenia i latem może tu być dość trudno o miejsce. Przy schronisku znajduje się taras, z którego rozciąga się piękny widok. 
Przewodnik mówi o nowym schronisku na wzgórzu ponad polem namiotowym. Trudno powiedzieć, czy w wysokim sezonie jest ono czynne, natomiast we wrześniu na pewno było zamknięte. 


Dzień 2. - E'Capannelle - przełęcz Bocca di Verdi

Etap drugi można przejść dwoma trasami - niską lasem i wysoką przez Monte Renoso. My wybraliśmy się na wariant wysoki, który jest również o wiele dłuższy. Wiedząc że czeka nas długa trasa, wstaliśmy znacznie wcześniej i zaczęliśmy mozolne i męczące podejście wzdłuż stoku narciarskiego. Po dojściu na wypłaszczenie warto zrobić chwilę przerwy nad jeziorem Lacs de Bastan. Z tego miejsca szlak rozdziela się w różne strony. Zbiegiem okoliczności wybraliśmy ścieżkę, która poprowadziła nas ostrym żlebem, o dużej ekspozycji, na grań. Szliśmy w zasadzie na azymut, ponieważ wariant wysoki nie jest znakowany. Partie szczytowe Monte Renoso to monotonna, kamienista pustynia. Wejście na sam szczyt nie sprawia żadnych problemów, a jedyną przeszkodą mogą być owcze odchody, które grubą warstwą zalegają na terenie całego wierzchołka góry.


Dalsza część trasy wiedzie przez kamieniste pustkowie, a miejscami trzeba przeciskać się przez skaliste przełęcze. W pewnym momencie ścieżka turystyczna zaczyna mieszać się ze ścieżkami zwierząt i łatwo stracić orientację. Nam się właśnie to przydarzyło, dlatego warto mieć ze sobą dobrą mapę lub jakiś rodzaj nawigacji GPS. Kierując się mapą zeszliśmy poprzez makię kierując się na zabudowania Bergeries des Pozzi. W okolicy szałasów pasterskich było sporo ludzi idących na pozzines - zielone pła unoszące się się na torfie, z przepływającymi strumieniami i rozlewiskami.
Ostatni odcinek tego dnia był bardzo przyjemny. Schodzimy przez zarośla do lasu mijając strumienie, aż do rzeki Marmano. Tu zrobiliśmy chwilę przerwy na kąpiel w rzece - po całym dniu w pełnym słońcu tego właśnie potrzebowałem. Chwilę drogi za rzeką można zobaczyć, chyba największe drzewo na całej trasie - jodłę Marmano. Po około godzinie spaceru przez las dochodzimy do asfaltowej drogi i końca etapu - Col de Verde.
Na polu namiotowym jest sporo miejsca, namiot można rozbić na zacienionych tarasach pomiędzy drzewami. Jest to ostatnie miejsce z ciepłą wodą, więc warto to wykorzystać.


UWAGA! Trasa wysoka wyznaczona w przewodniku (David Abram - Korsyka) różni się od rzeczywistości. Lepiej kierować się mapą.
Jeżeli miałbym ponownie zaplanować ten etap, to po dotarciu do E'Capannelle dnia poprzedniego, ruszyłbym na lekko zdobyć Monte Renoso. Natomiast jako dzień 2 wybrałbym trasę niską i spędził więcej czasu na pozzines lub odpoczywając przy rzece.

Dzień 3. - Przełęcz Bocca di Verdi - schronisko Usciolu
Jest to jeden z dłuższych i bardziej wymagających etapów w części południowej. Początek trasy to ścieżka wijąca się przez las, która dość szybko wychodzi na otwartą przestrzeń i dalej wiedzie przez niskie zarośla. Poranne słońce daje tu piękny spektakl świateł i ceni. Po dotarciu  na Bocca dell'Oru idziemy prostą ścieżką do Refuge de Prati. Przy schronisku jest źródło, więc pijemy na zapas i uzupełniamy butelki. Dalsza droga jest o wiele trudniejsza. Za szczytem Punta della Cappella, szlak wiedzie przez skały o dużej ekspozycji, jest sporo miejsc, gdzie musimy używać wszystkich kończyn, ale nie jest niebezpiecznie :) Oznakowanie jest dobre i nie trzeba się martwić o zgubienie szlaku. Po drodze można podziwiać panoramy poprzednich odcinków, najbliższe doliny oraz wszystko, co przed nami. Niesamowite, ile tu jest gór! Patrząc na mapę, to potencjał szlaków jest olbrzymi. Można byłoby spędzić tu miesiące, a i tak nie zobaczyłoby się wszystkiego!

Dłuższą przerwę robimy dopiero na przełęczy Col de Laparo. Jest tu punkt widokowy z wypaloną na ceramice panoramą gór, oraz sporo miejsca na odpoczynek - brakuje tylko źródła. Przed nami ostatni odcinek, który zaczyna się długim i stromym podejściem, aż na szczyt Monte Formicola. Większa część podejścia wiedzie przez las.
Od południa na horyzoncie pojawiały się kłębiaste chmury zapowiadające burze. Jeszcze przed przełęczą Col de Laparo słychać było grzmoty, więc wiedzieliśmy, że trzeba się śpieszyć. Niestety nie udało nam się wygrać w wyścigu z deszczem, który przegraliśmy kawałek za Monte Formicola, więc końcówkę dnia zaliczamy w ulewie. Zejście do schroniska Uscolu, po deszczu jest dość śliskie i gliniaste.
Zanim doszliśmy do schroniska wszystkie nieosłonięte elementy mieliśmy przemoczone do cna. Od razu skierowaliśmy się pod pierwsze napotkane zadaszenie, które okazało się sklepikiem. W środku był gospodarz, który przygotowywał kolację dla pozostałych turystów. Po rozmowie okazało się, że zna kilka słów po polsku.
Podczas deszczu schroniliśmy się w turystycznej kuchni. Kiedy deszcz ustał trzeba było rozstawić nasz nylonowy domek. Sprawa nie była łatwa, ponieważ miejsc było dość mało, a te które zostały, były raczej niewielkich rozmiarów. Pole namiotowe rozrzucone jest na dużej przestrzeni pomiędzy skałami i zaroślami. Do budynku schroniska trzeba podejść kilkadziesiąt metrów. Obsługa jest nadzwyczaj miła, a ceny jak na warunki dostawy towarów bardzo przystępne.

Jest jednak jedna rzecz, która niszczy wszystkie dobre odczucia - sanitariaty. I ja tu nie wybrzydzam, że drewniany szałas, że zimna woda, że tylko jeden na pole - jesteśmy w wysokich górach, nic dziwnego. ALE dosłownie 3 mery za drewnianą budką, z "prysznicem" i kibelkiem (prysznic do wąż z wodą, kibelek jest za ścianą obok), wprost do strumienia odprowadzane są wszystkie nieczystości! Utworzył się z nich kopiec wysokości 1 metra! Pamiętacie Jurascic Park i scenę z chorym triceratopsem, a później stertę jego guano - o tym właśnie mówię. Widocznie nie było innego rozwiązania... a może jednak było?

Dzień 4. - Schronisku Usciolu - schronisko Asinau
Poranek przywitał nas pięknym widokiem z namiotu. Mimo, że nie jest to najcieplej wspominany nocleg na trasie, to przyznać trzeba, że panorama okolicy jest niesamowita.
Ten etap jest bardzo zróżnicowany, chociaż po pewnym czasie robi się monotonny przez długie odcinki między punktami. Na początku trzeba dokończy przejście granią z dnia poprzedniego - jest kilka miejsc o znacznej ekspozycji i może dwa które wymagają większej wprawy i zwinności kozicy. Do tego już się przyzwyczailiśmy. Ten odcinek dobrze zapadł mi w pamięć, bo można było podziwiać okoliczne doliny o wschodzie słońca.
Po ok. 2h dochodzimy do zejścia w las z karłowatymi bukami. Totalnie zmienia się krajobraz i od przełęczy Bocca di l'Agnone, spacerujemy przez sielankowe pastwiska wśród starych buków. Po drodze mijamy małe pozzines i kilka strumieni, przy których nie sposób nie pomoczyć przez chwilę stóp. Po godzinie w pełnym słońcu droga staje się już nudna. Przez całą drogę towarzystwa dotrzymują nam jaszczurki od których się tu roi. W pewnym momencie dochodzimy do wiszącego mostu nad rzeką i znowu wchodzimy w las. Tu zaczyna się długie podejście pod Monte Alcudia. Na końcu leśnego odcinka znajduje się źródło (trochę powyżej ruin schroniska). Po uzupełnieniu zapasów wody ruszamy dalej, mozolnie wspinając się ścieżką na nagi szczyt. Ten odcinek nie jest trudny technicznie.

Na szczycie, który łatwo rozpoznać po krzyżu, spotykamy kilka osób, robimy zdjęcia i przechodzimy na przełęcz Bocca Stazzunara. Z tego miejsca zaczyna się zejście, o którym przewodnik mówi: "mordercze dla kolan zejście po kamieniach przez krzaki". I tym razem muszę się zgodzić, zejście jest bardzo strome. Częściowo, po gładkich skałach, gdzie trzeba uważać i planować każdy krok, następnie wchodzi w zarośla, gdzie skaczemy z jednej skały na drugą. Nigdy się tak nie zmęczyłem schodząc.
Pole namiotowe przy Refuge d'Asinau jest spore - składa się z małych tarasów na namioty pomiędzy kamieniami i makią. Dużą ich część zajmują namioty do wynajęcia, co znacznie zmniejsza ilość dostępnego miejsca. W szczycie sezonu może być ciasno. Miłym zaskoczeniem jest sanitariat, zbudowany z kontenerów z prysznicem (woda oczywiście zimna). Świetnym rozwiązaniem są osobne kontenery z biodegradowalną toaletą z obiegiem zamkniętym. W tym miejscu przekonaliśmy się, że jednak są rozwiązania zapobiegające powstawaniu "kopca triceratopsa"!

Dzień 5. - Schronisku Asinau - schronisko Paliri
Jest to przedostatni dzień trekkingu i ostatni etap, gdzie można wybrać wariant niski lub wysoki. W przeciwieństwie do poprzednich odcinków, wybieramy wariant niski.
Schodzimy w głąb doliny, aż do sosnowego lasu. Ścieżka wchodzi w las i prowadzi trawersem, przecinając liczne strumienie. Krajobraz od tego momentu diametralnie się zmienia. Robi się coraz cieplej, a otoczenie przechodzi z surowych wysokogórskich skał i zarośli, w typowy śródziemnomorski las sosnowo-dębowy. Muszę przyznać, że po kilku dniach wspinaczki i zmagania się ze skałami, bardzo cieszy nas ta odmiana. Trasa jest dość szybka i miejscami kamienista. Co jakiś czas las odsłania widoki na dolinę lub szczyty wariantu wysokiego. Odejście na wariant wysoki jest wyraźnie oznaczone i trudno go przeoczyć.

Po kilku godzinach słońce daje nam popalić. Do tej pory nie narzekaliśmy na słońce i temperaturę, ale teraz tylko cień daje szanse na odpoczynek. Krem z filtrem jest konieczny - stosowaliśmy go codziennie.
Po przejściu licznych strumieni i zakrętów, zostało nam ostatnie podejście na Col de Bavella. Jest ono eksponowane na południową stronę, więc słońce operuje tu bardzo mocno. Przemykając tylko z cienia w cień uciekamy od słońca. Podejście jest długie i dość strome.
Okazuje się, że Coll de Bavella to  popularne wśród turystów miejsce. Całe pobocze jest obsadzone zaparkowanymi samochodami i motocyklami, a ludzi więcej niż w niedzielę w Biedronce.
Przy drodze, na zakręcie znajduje się źródło. Łatwo je przeoczyć, bo może być zasłonięte przez zaparkowany samochód czy autobus. Ze względu na tłumy ludzie, nie robimy tu długiej przerwy.
Szlak z powrotem wchodzi do sosnowego lasu i wije się drogami i ścieżkami. Robimy postój przy pierwszym większym strumieniu, wchodząc głębiej w las. Cień, chłód i cisza. Przed nami jeszcze jedno, krótkie podejście na Foce Finosa. Temperatura i stromizna podejścia daje mocno w kość.
Schronisko Paliri to najładniej położona miejscówka na szlaku. Na skale przy schronisku wszyscy goście wylegują się jak jaszczurki, podziwiając panoramę okolicznych szczytów. Właściciel po kolacji gra na gitarze, sielska atmosfera udziela się wszystkim gościom. Prysznic położony jest kilkadziesiąt metrów w dół od schroniska. Jest jeden, więc tworzy się przed nim kolejka, w której można poznać współtowarzyszy podróży. Natomiast toalety i umywalki znajdują się przy schronisku. Miejsca jest sporo, nawet szpilki od namiotu wchodzą gładko w ziemię.

Dzień 6. - Schonisko Paliri - Conca
W przewodniku można przeczytać, że jest to prosty do przejścia etap. Trasa nie jest wymagająca technicznie, ale połączenie słońca i jak się okazało niemałych podejść, wydobyły z nas spore ilości potu.
Początek trasy wiedzie przez gęsty las sosnowy. Następnie wchodzimy na mały skalisty płaskowyż z pięknymi widokami o wschodzie słońca. Kolejnym punktem są ruiny szałasu Capeddu, w pobliżu których powinno znajdować się ostatnie na szlaku źródło. Nie udaje się nam go znaleźć, więc lepiej zaopatrzyć się w większą ilość wody na starcie. Ścieżka meandruje przez lasu, co jakiś czas odsłaniając kolejne panoramy. Zaraz za strumieniem Pinzuta, czeka nas jedno z ostatnich podejść na  nienazwaną na mapie przełęcz. Dalej trasa wiedzie długim i monotonnym trawersem, aż do przełęczy Usciolu, skąd stromo schodzi do miejscowości Conca. Na samym końcu szlaku znajduje się placyk ze źródłem, gdzie kończy się GR20. Za małym drewnianym mostkiem jest już asfaltowa droga, prowadząca do centrum Conci.
W centrum jest kilka lokali z jedzeniem i piciem. Zakończenie szlaku celebrujemy lokalnym piwem Pietra, obmyślając jak dostać się teraz na wybrzeże. Transport znajdujemy w etapowym schronisku La Tonnelle, gdzie również znajduje się restauracja. Zabiera nas stąd bus, który rozwozi wszystkich chętnych po okolicy.

Tak kończy się nasza przygoda z GR20. Sześć etapów przez różnorodny krajobraz, o różnym stopniu trudności i przy zmieniającej się pogodzie. Z mojego punktu widzenia, trasa nie była aż tak trudna jak opisują ją przewodniki. Jednak nie polecałbym wyruszać nawet na południowy etap osobom, którzy przeszli jedynie Główny Szlak Sudecki.
Czy jest to najładniejszy szlak trekkingowy w Europie? Zależy czego oczekujesz i co widziałeś do tej pory.
No expectations, no disappointment.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz